12 January, 2017

Wodnik




Kochanie cieknie z kranu. – zakomunikowała mi M. krótką wiadomością przez jeden z popularnych komunikatorów – tzn. nie wiem, czy cieknie, ale trochę kapie i podstawiłam garnek i jest już do połowy pełny.



 Naprawa kranu nie jest przecież niczym trudnym. Odkręcić, przymierzyć, dokręcić. Wielka mi rzecz. Wracając z pracy poszedłem do marketu budowlanego, który jest po drodze. Pan poinformował mnie, że w takim kranie (wystający z umywalki, ćwierć obrotu) to musi być głowica, po czym podał mi tę najwłaściwszą. W kasie uiściłem się gotówka M. po czym wróciliśmy do domu, a ja ochoczo ruszyłem do… sąsiadów po klucz francuski. To naprawdę wspaniała okazja, by poznać wszystkich mieszkańców naszej klatki. Nad nami mieszka postawny mężczyzna, który nie za bardzo mógł nam pomóc. Naprzeciwko niego, najbardziej pomocni przedstawiciele społeczeństwa (choć akurat nie w tym momencie) – studenci. Na 4‑tym zgodnie po obu stronach nie było nikogo, za to pod nami miły starszy pan poratował mnie od razu dwoma narzędziami. Odkręciłem, przymierzyłem, dokręciłem i… szlag mnie trafił. Specjalista w markecie chyba nie dosłyszał o ćwierć obrotu, chociaż sam to powtórzył ze 12 razy. Gdy byłem w drzwiach zadzwonił telefon, że możemy odebrać już brakujące klucze do mieszkania, tylko trzeba skoczyć tuż obok, na drugi koniec miasta.


Kluczyki, M., plecak, głowica.


Już po godzinie byliśmy z powrotem. Wymiana głowicy zajęła mi jakieś 3,5 minuty. Dopasowanie uchwytu, który ma prawie identyczny wzór trzpienia… no właśnie. Prawie identyczny. Jak w znanej reklamie. Zajęło mi to prawie tyle samo czasu, ale misja zakończona sukcesem. Teraz czas na kran w kuchni, ale to niedługo, co dla mnie oznacza coś w okolicach przełomu Wielkanocy i początku wakacji, a dla M. przełomu teraz i już.




05 December, 2016

Po-co-ci-to, hi-po-kry-to?


7:00.

Wielu z nas dopiero przewraca się na drugi bok, inni żółwim tempem w sznurze samochodów podążają do pracy. Są tacy, którzy nawet nie wiedzą o istnieniu takiej godziny – studenci.

7:00.

Mała szkoła poza centrum. Cicho i ciemno. W całym budynku są tylko pani sprzątająca, być może jakieś skrzaty i krasnale, dyżurny wychowawca, który ziewając popija poranną kawę i Ona. Ma 6 lat. Przyprowadzana przez rodziców równo z otwarciem budynku, zanim zacznie się pierwsza lekcja spędza codziennie 2 godziny we świetlicy. W większości sama. Co robi? Siedzi i patrzy w okno. Czasami coś narysuje, czasami postara się coś napisać - jest w pierwszej klasie. Na przerwach chętnie bawi się z koleżankami, chociaż da się zauważyć, że rzadko proponuje cokolwiek. Raczej podąża za innymi.



Na lekcjach hiszpańskiego, które prowadzę, prawie w ogóle się nie odzywa. Z trudem wydobywam z niej jakąkolwiek odpowiedź, choć dobrze wiem, że ją zna. Mówi tak cicho, że stojąc przy tablicy nie jestem w stanie nic usłyszeć. Kiedy podchodzę, z każdym moim krokiem ona ścisza głos i teraz zagłuszyłby ją nawet opadający kurz. Po 6 prośbach o powtórzenie przełamuje się i wydobywa z siebie jakiś odgłos, który identyfikuję jako odpowiedź – zazwyczaj poprawną.

Początkowo myślałem, że się mnie boi, bo to obcy, bo nowy nauczyciel, bo to nie „nasza pani”. Teraz jestem przekonany, że problem jest inny. Ona nie potrafi rozmawiać z dorosłymi, nie wie jak się zachować. Bo skąd ma to niby wiedzieć? Jak ma się przełamać przy dorosłych, skoro nie widzi nawet własnych rodziców? Jeszcze dobrze nie otworzy oczu, jeszcze się jasno na dworze nie zrobiło, a Ona już jest w szkole. Spędza tam cały czas, aż ktoś ją odbierze o 18:15, czasami 18:20, mimo że szkoła oficjalnie otwarta jest do 18-tej. Wraca do domu, je kolację i idzie spać, bo dochodzi 20-ta, a ona nie dość, że ma 6 lat, to jeszcze musi wstać przed 6-tą. I tak cały tydzień. A weekend? Jak mogłem o tym zapomnieć. Weekendy spędza u dziadków! Więc ja się całkiem poważnie pytam: PO CO? Po co Wam dzieci, skoro nie tylko nie macie czasu przyjść na wywiadówkę, czy przeczytać, co Wasza córka ma zadane. Wy nie macie nawet czasu spędzić z nią chwili w weekend. Nie macie czasu, czy zapracowani cały tydzień od świtu do świtu nie macie siły ani ochoty? Chcę zobaczyć Wasze miny, kiedy? Wasze dziecko poprosi o pieska, kotka albo żółwia. Chciałbym usłyszeć Was, hipokryci, jak mówicie, że to duża odpowiedzialność i że takim zwierzątkiem to się trzeba opiekować każdego dnia. DZIECKIEM TEŻ, i wyprowadzanie Waszej pociechy na spacer do szkoły, nawet jeśli robicie to codziennie, to zdecydowanie za mało.




Więc nie zdziwcie się, jak za 50 lat, kiedy będziecie starzy i schorowani, ta sama Wasza córka wyprowadzi Was na spacer do domu starców, i nie sądzę, żeby robiła to codziennie.

Bo niby dlaczego?






13 October, 2016

ZA KULISAMI



Dawno, dawno temu…
Ta historia zaczęła się dawno temu. Tak dawno, że nie za bardzo chyba chcemy
to pamiętać. Ja z pewnością nie, dlatego przewinę kilka nieistotnych faktów.
…i tak wreszcie znaleźliśmy mieszkanie.

KONIEC


Tak to leciało. Całkiem niedawno podpisaliśmy umowę i odebraliśmy klucze. Muszę przyznać, że chyba komórki pamięci w mojej głowie zrobiły sobie wakacje, bo moje wyobrażenie na temat tego, co przecież widziałem na własne oczy (może nie najlepiej działające) nijak się miała do rzeczywistości. Dobrze, że ilość pokoi się zgadzała i pamiętałem, że do dużego pokoju wchodzi się na końcu korytarza dzięki czemu nie wszedłem do szafy. Pokoje wydawały się jakoś ładniejsze, zwłaszcza meble w dużym. Kuchnia też jakoś nie powala. Dobrze zapamiętałem lampę dyndającą na wysokości nosa, bo to jeden z nielicznych żyrandoli, na które mogę patrzeć z góry. Za to łazienka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Szczerze mówiąc, to radość, która nas ogarnęła przyćmiła wszelkie usterki. Gdy zamknęły się drzwi, a my zostaliśmy sami rozejrzałem się po mieszkaniu.



Ledwo właścicielka zamknęła za sobą drzwi, jeszcze nie zdążyła zejść dobrze po schodach, a wspomniana lampa już przestała świecić. Ale co tam, ja nie naprawię? Potrafię wymienić nawet żarówki w Oplu Merivie (a wbrew pozorom nie jest to wcale takie proste). Wcześniej jednak postanowiłem odkręcić zawory wody. Zaślepka w łazience, otwór 30 x 30 cm, a w środku 2 zawory. Zwykłe, najzwyklejsze, tyle że zasłonięte 30 rurkami, które same nie wiedzą do czego służą. Nie takie łamigłówki rozwiązywałem, nie takie labirynty przechodziłem. Udało mi się dotrzeć do zaworu. I to by było na tyle. Te zawory ostatni raz używane były pewnie za czasów Szwedzkiego Potopu. Pół godziny. Tyle zajęło mi odkręcenie ciepłej wody. Jako, że znałem już temat, z zimną poszło mi szybciej... niewiele, ale szybciej. Jeszcze szybciej poszło mi zakręcenie jej z powrotem, bo w pomieszczeniu obok spłuczka zapomniała do czego służy, a biorąc pod uwagę ceny wody naprawdę szybko byśmy się spłukali. Stuknąć, puknąć i pokręcić, prawie jak zawodowiec udało mi się rozwiązać (jak się później okazało tylko tymczasowo) i ten problem. Wróciłem do elektryczności. Wykręciłem jedną z żarówek w przedpokoju, by przywrócić jasność w pokoju, w którym mieliśmy wszystkie nasze rzeczy, a próba znalezienia czegoś w ciemności zazwyczaj kończyła się tak, że zamiast skarpetek wyciągałem szklanki do whisky (też przydatne), a szukając ręcznika trafiałem na gramatyczne repetytorium języka niderlandzkiego. Światło! Światło potrzebne na zaraz! Żarówkę dzierżyłem w dłoni, lampę znalazłem najprostszym sposobem. Szedłem tak długo, aż zawadziłem o nią nosem. Wykręciłem, przykręciłem pstryk i nic.



Lampa będzie musiała poczekać, skarpetki i ręczniki będę musiał znaleźć świecąc przed M. oczami.
Zabraliśmy się za sprzątanie. Gdy ja przykleiłem się do okapu z różnych pomieszczeń docierał głos M. obwieszczający luźny zawias, albo inną klamkę. Po trzecim razie poprosiłem ładnie, by wszystkie takie usterki spisała, a ja, gdy tylko oderwę się od roboty (nigdy nie brzmiało to bardziej dosłownie) zajmę się wszystkim. Dwa dni, 4 gąbki i 7 litrów ciepłej wody później spojrzałem na lodówkę. Nie. To nie był paragon z TESCO, ale lista drobnych usterek, których naprawa zajmie mi pewnie z 1000 lat, zwłaszcza, że do połowy z nich nie mam potrzebnych narzędzi. Począwszy od weekendu ochoczo ruszyłem do pracy, podczas gdy M. wdzięcznie urządzała mieszkanie planując co gdzie leżeć będzie. 



Wieczorem dumnie wszedłem do kuchni, gdzie M. przygotowywała kolację. Wymieniliśmy spojrzenia, podszedłem do lodówki. Pokazałem jej efekt mojej pracy. Przez te kilka godzin lista przybrała na wadze i teraz przypominała raczej rolkę papieru toaletowego, tyle, że gęsto zadrukowana drobnym pismem M.

- Chcesz piwo? - zapytała niewinnie doskonale wiedząc, co czułem. Chciałem. Uratowało mi dzień.

#okiemheraklesa





fragmenty wideo pochodzą z filmu Kiler (reż. Juliusz Machulski) a także Christmas Vacation (reż. Jeremiah S. Chechik)